Hirlak
Życie często samo pisze nam scenariusz do najlepszej powieści komediowej, albo filmu fantasy. Redakcja Jelonki.com ogłosila niedawno konkurs na imię dla rzeźby, która stanęła w sobotę 28 czerwca na skwerku między ulicami 1 Maja i Piłsudskiego w Jeleniej Górze. Rzeźba, rzekomo podobna jest do herbowego symbolu miasta. Ryszard Dzięciołowski – były radny, przedsiębiorca prężnej firmy motoryzacyjnej oraz jeden z inicjatorów budowy jelonka – podkreślił, jak ważnym symbolem jest jeleniogórski herbowy zwierzak. Zwłaszcza ten, który powstał w pracowni Lewana Mantidze, Gruzina, który związał się z naszym miastem. Rotarianie, którzy ze swoich składek sfinansowali pomnik, członkowie Jeleniogórskiego Forum Samorządowego, władze Jeleniej Góry oraz mieszkańcy wzięli udział w uroczystości odsłonięcia rzeźby. Pomysłodawcy pomnika traktują go jako swoiste votum w 900–lecie Jeleniej Góry i mają nadzieję, że jelonek wpisze się na trwałe w świadomość lokalną jeleniogórzan. Czy aby na pewno dar serca? W skromnej ceremonii, w centrum Jeleniej Góry, wzięli udział ludzie ubrani na czarno niczym „łowcy skór”. Guru wystroił się w łańcuch na szyi jak sędzia sądu najwyższego, a wszyscy „kominiarze” mieli odznaki na piersiach, podobne do zagadkowych symboli masońskich trójkątów i cyrkli ogarniających energią swych ramion cały świat. Faktycznie na zdjęciach, również po minach uczestników, wyglądało to na rytuał przed egzdekucją Saddama Husajna lub zgromadzenie sekty przed ukamienowaniem jakiejś wyklętej istoty zakrytej zielonym suknem.
Po wyczekiwanym w napięciu odsłonięciu, dokonanym przez prezydentów: Bogdana Szumowskiego (Rotary Klub Karkonosze), Marka Obrębalskiego (Jelenia Góra), Grzegorza Rychtera (JFS) oraz artystę Lewana Mantidze, oczom zgromadzonych ukazał się…cherlawy odlew zwierzęcia podobnego trochę do ratlerka, trochę do wygłodzonego źrebaka, a trochę do filmowego E.T. stojącego na ogromnym głazie kamiennym. Żeby nie ten cokół, to przechodzący obok turysci nie zwrociliby w ogóle na niego uwagi, tak mikrej postury jest ten „posąg”. Moja córeczka, z całym szacunkiem do artysty, lepszego Hirscha ulepiła z gliny.
„Jelonek jest wykonany z brązu i może spodobać się nie tylko miłośnikom Jeleniej Góry, lecz także złomiarzom. Przymocowany jest na solidnym kamieniu podarowanym przez Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej, ale… jak wiadomo: Polak potrafi… – Uczulę straż miejską i policję, aby jak najczęściej patrolowała to miejsce – mówi Marek Obrębalski. To nie koniec tegorocznych jubileuszowych jelonków w mieście. Kolejny, tym razem płaskorzeźba rogacza, zostanie odsłonięta już na początku września na przybudówce ratusza” – czytamy na głośnym portalu jeleniogórskim. Internauci proponowali różne nazwy dla tego dziwoląga, począwszy od: Górek, Rogal, OBRĘBAŁEK, Rogaś, Bambi, Kefirek, JELUŚ, BRĄZACZEK lub CHUDZINKA, aż po BOLEK, MONTI, Kapi, Golan (niektórym ułożenie nóg wskazuje na gwiazdę dawida), KASZLAK, czy Żyraf. Ja jednak będę upierał się przy nazwie Hirlak – to taki niemiecki jeleń w ostatnim stadium gruźlicy (przynajmniej będzie na kogo przerzucić uczucie wstydu i zażenowania, jakie towarzyszy oglądającym tego anemika). Już większym uznaniem forumowiczów cieszą się graffity namalowane w przejściu pod Al. Jana Pawła II do dworca PKS. Grupa grafficiarzy, która ma ponoć zgodę na zamalowanie dwóch tuneli, podchodzi do swoich dzieł profesjonalne i nie zależy im nawet na splendorach, medalach i rozgłosie. Tu nasze Słońce Cervi powinno przyklasnąć.Tu radni powinni wykorzystać ogromny potencjał, energię (darmową farbę na odrapane elewacje) prawdziwych, anonimowych społeczników.
Nie wysilili się zbytnio potentaci regionalnej gospodarki i polityki i nie wykosztowali za bardzo „producenci” wszelkiej maści zlomu na hirlawą ceremonię. Wielu z nich rotacyjnie zasiada we władzach. Czy to jest etyczne postępowanie? Zastanaweiam się jaki faktyczny cel przyświecał inicjatorom pomysłu odsłonięcia tej żałosnej kreatury w samym centrum chodliwego traktu. Biorąc pod uwagę rozmiar i wartość artystyczną „pomnika” oraz patrząc na otoczkę spektaklu przypominającego seans spirytystyczny elitarnego bractwa, dochodzę do wniosku, że celem była reklama gości przypominających pracowników zakładu pogrzebowego i/lub noszących insygnia oraz rozgwiazdy symbolizujące mistrzów jakiegoś zakonu. Czy to była uroczystość warta zaprezentowania całego rynsztunku „loży”? Czy tak postępują wolontariusze duiałający na rzecz ubogich, eksponując galowość i przepych? Czy to nie jest farsa i zakłamanie, cynizm i obłuda? Czy to nie jest ukryta autoreklama? Czy to nie jest łatwa droga do kariery? Czy ja lub moja córka też możemy sobie postawić na dowolnym deptaku własną rzeźbę symbolizującą naszym zdaniem Bolesława Krzywoustego? NIE! Jestem przekonany, że wpływy w naszym magistracie mają tylko ludzie wybrani i nie potrzebna do tego jest żadna uchwała rady miejskiej, czy plan zagospodarowania przestrzennego. Tak jak używania herbu miasta formalnie odmowiono jednej organizacji pożytku publicznego walczącej z korupcją, a pozwolono innej firmie stricte biznesowej. Niżej podpisany nie pyta wladz miasta o zgodę na używanie herbu miasta, w którym sie urodził tylko publikuje go z dumą na swoim blogu, bo to on i wszyscy mieszkańcy reprezentują Jelenią Góre, a nie tajne zgromadzenia „szlachetnie urodzonych wolnomularzy”. Grafficiarze do boju! Wolny Rynek! Wolny tunel PKP!
Grzegorz Niedźwiecki herbu Ogończyk
Feleiton ten piszę jak reprezentacja Polski w piłkę nożną ma jeszcze teoretyczne szanse na wyjście z grupy i awans do ćwiercfinałów Mistrzostw Europy 2008. Jakoś mało patriotyczne przeświadczenie mi jednak towarzyszy. A w zasadzie to nawet doskwiera mi uczucie zażenowania. Dlaczego? Bo jak zwykle opiniotworcze media narobiły nam apetytu nie mając ku temu żadnych świerzych składników smakowych. Tak było w przypadku Małysza – „musi, musi…”, tak jest w przypadku Kubicy, bo szcześliwie wygrał pierwsze GP w Kanadzie (oby nie zapeszyć) i takie były oczekiwania wobec naszych (jeden nie nasz) pilkarzy, bo dziadek Loeo Benhakker potrafi bez znajomości języka polskiego nauczyć naszych chłopaków kopać prawidlowo futbolowkę przez rok czasu. Wobec takiej atmosfery, wrzaskliwej kampanii wyborczej, tfu… Euro – ludzie popadli w euforię, oflagowali samochody i co tylko się da, tłumnie wykupili bilety i stworzyli jedną z najbogatszych grup turystycznych w Austrii. Sport zamiast łączyć, dzięki brukowcom i dinozaurom Bońkom zaczął dzielić. Stał się bezkrwawą zadymą. Media wytoczyły najcięższe działa przeciwko naszym rywalom, odezwały się wojenne wspomnienia, sugerowano rzeź, przeprowadono różne dalekosiężne symulacje i optymistyczne sondaże. A tu, kicha, condom pękł…Oszolomy mają pretensje, że Polacy strzelają gole samobójcze, Niemcy się z nas smieją, Anglicy potępiają premiera, a inni kiwają głową z politowania. Od początku nie mialem złudzeń, że nasi pilkarze z pomocą dobrze opłacanego Holendra osiagną wielki sukces. Nie działają na mnie żadne reklamy, tak jak nie daję się nabrać na obietnice wyborcze naszych polityków. Po pierwsze trzeba być realistą, z pustego w próżne nie nalejesz. Z kopciuszka tylko w bajkach można zrobić ksiezniczkę. Żeby mieć dobrą drużynę, to niepotrzebny jest żaden trener. Za te pieniądze, co płacą różnym zagranicznym oldboyom można by kilka stadionów i skoczni narciarskich wybudować. Dobrym piłkarzem zostaje ten kto piłkę kopie z zamiłowania jak tylko stanie na nogi. Do tego trzeba mieć talent i warunki. Spójrzmy na naszą tenisistkę Agnieszkę Radwańską i wspomnianego na poczatku Roberta Kubicę. Oboje mieli warunki i jako trenerów rodziców. Ale to są jednostki, drużynę musi wspomóc państwo, a nasze państwo jest biedne w materii sportu. Owszem przed wyborami jest bogate… w obietnice…
Namówiła mnie żona do udziału w konkursie redakcji Nowin Jeleniogórskich „Nowinowy przedszkolak”. Chodziło o zgłoszenie zdjęcia sympatycznego dzieciaka w wieku przedszkolnym do udziału w głosowaniu internetowym. Namówiła, bo to ja i dzieci mieliśmy ślęczeć przed komputerem, a ona tylko wysłała zdjęcie naszego Pawełka i zawinęła się do Niemiec na szkolenie z zakładu pracy. Główną nagrodą za uzyskanie najwyższej średniej ocen (w skali od 1-6), a w przypadku kilku identycznych not, największej ilości oddanych głosów, miał być bon wycieczkowy o wartości 2000 zł ufundowany przez jedno z lokalnych biur podróży. Warunek, wyklikać zwycięstwo – czytaj: nagłaśniać biuro Amigos BB – do 25 kwietnia br. Wprawdzie był (i jest w Internecie) jakiś regulamin, z którego nijak nie wynikało, co ile i na ilu kandydatów można głosować z jednego łącza internetowego, ale opiekun konkursu po uważaniu dopuszczał głosy nie wcześniej jak po 15 minutach z jednego konta użytkownika jakiegoś komputera. System nie miał żadnej automatyki i tylko admin, co jakiś czas apelował dla picu do niecierpliwych o rozwagę. Postaw na stole czekoladkę i powiedz dziecku, że nie wolno jej ruszyć… Na początku się zastanawiałem czy w ogóle przystąpić do tej zabawy, bo nie odpowiadała mi formuła licytacji, nastawiona na komercję, a nie na demokratyczne reguły. To tak jak z tym „Człowiekiem Roku” – zostaje nim ten, który najwięcej gazet wykupi w kiosku. Pomyślałem jednak, że warto zdobyć kolejne doświadczenie socjologiczne.